Image Map
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Makijaż. Pokaż wszystkie posty

11 marca 2014

Velvet matte nr 5 GOLDEN ROSE

Matowe usta to od dłuższego czasu wielki modowy hit. Żeby nie być w tyle, jakiś czas temu nabyłam, jedną z robiących furorę matowych pomadek Golden Rose. Podczas zakupów miałam dylemat, którą wybrać, a zapewniam, że jest w czym - firma ma w ofercie aż 20 odcieni. Kupiłam więc numer 05 i nie poprzestanę na jednej ;) A dlaczego?

 Pomadka zamknięta jest w eleganckim, matowym opakowaniu w kolorze bordo, ze złotymi napisami na skuwce. Ma fajną kremową konsystencję i jest bardzo dobrze napigmentowana. Bez problemu rozprowadza się po ustach i utrzymuje się na nich do 5 godzin (o ile nie jemy). W opakowaniu pachnie mi ciastem, jednak po aplikacji zapach jest już nieodczuwalny. Pomadka ma ładne, matowe wykończenie i według mnie super się prezentuje na ustach. Jak wspomniałam wcześniej jest bardzo trwała, ale nie rozmazuje się za bardzo. Za to pozostawia ślady na szklankach, kubkach itd. A jeśli chodzi o kolor, to nazwałabym go krwistym, ale nie takim jakim określamy intensywnie czerwone pomadki. To jest kolor... przysychającej prawdziwej krwi. Cóż obrazowy ten mój opis, ale innymi słowy są to tony czerwieni wpadającej w brąz i pomarańcz.

Wadę ma tylko jedną, typową dla pomadek z matowym wykończeniem, mianowicie po jakimś czasie zdarza się jej podkreślać suche skórki, ale muszę zaznaczyć, że nie wysusza ust. Wydaje mi się, że częsty peeling warg załatwi sprawę ;) Pomadka jest świetnej jakości, nie łamie się, nie topi, nie rozpływa w opakowaniu. Jej użycie można stwierdzić tylko po lekko wytartym "ustniku". A cena nie wali po kieszeni i dzięki temu każdy może ją mieć! Kosztuje, uwaga: 10.90! Warta ceny, prawda?


Tak prezentuje się na moich ustach - nie lubię swoich warg, nie umiem ich malować, są krzywe i w ogóle, ale zapewniam was, że normalnie ta pomadka nie wyglądała na krzywo nałożoną. Także mi wybaczcie tą aplikację - usta maluję właściwie od niedawna i to niezbyt często ale się uczę i raczej jestem na dobrej drodze do ładnego ich makijażu ;)


A jeżeli nie macie pod ręką matowej pomadki, a chcecie osiągnąć taki efekt to zastąpić wam ją może zwykła konturówka do ust :)

A Wy macie matowe pomadki? A może miałyście którąś z Golden Rose? Podzielcie się tym w komentarzach :)

Pozdrawiam,

10 marca 2014

Zestaw korektorów 4in1 WIBO


Ten zestaw korektorów spotkał się ze skrajnymi opiniami. Ja chciałabym jednak przedstawić wam swoją i mam nadzieję, że się wam ona przyda.

Wszystkie korektory mają pudrowy zapach i kremową konsystencję. Każdy kolor ma swoje przeznaczenie:
różowy ~ ma za zadanie maskować sińce pod oczami,
zielony ~ kamuflowanie popękanych naczynek,
jasny beż ~ maskowanie wyprysków,
ciemny beż ~ modelowanie kształt twarzy.




Najczęściej używam odcieni beżu, łącząc je ze sobą. W ten sposób powstały odcień łączy się z naturalnym kolorytem skóry i maskuje niedoskonałości. Ja co prawda nie mam sińców ani cieni pod oczami do maskowania, ale różowy korektor świetnie się sprawdza przy tuszowaniu lekkich blizn czy cieni po np. wypryskach. Zielony oprócz kamuflowania popękanych naczynek, nadaje się także do ukrywania czerwonych plamek.

Korektory są dosyć gęste, więc najlepiej rozprowadzić je palcem. Jeżeli ktoś preferuje pędzelek to nie ma przeciwwskazań żeby go używać, ale dla mnie wygodniejsza jest aplikacja placem - delikatnie sobie je wklepuję. W kilku opiniach przeczytałam, że ten zestaw potrafi wysuszyć kryte miejsca i może zapychać skórę. U siebie zauważyłam lekkie podsuszenie. I tak właściwie, to jestem zadowolona maskowania ale nie nazwałabym ich produktem profesjonalnym. Ale czego można się spodziewać po zestawie korektorów za ok 15 zł?

Wady:
- Może wysuszać i zapychać ale u mnie wystąpiło tylko lekkie podsuszenie

Zalety:
+ Dobra cena
+ Dostępność
+ Fajna, kremowa konsystencja
+ Kolory dobrze się ze sobą mieszają

Moja ocena: 4

A jakie są wasze sprawdzone korektory? A może miałyście 4in1 Wibo? Podzielcie się wrażeniami w komentarzu :)

12 lutego 2014

Cienie Eye Studio Duo Color Cosmos MAYBELLINE

Witajcie :) dziś przychodzę do Was z recenzją podwójnych wypiekanych cieni od Eye Studio Maybelline, inspirowana naszą galaktyką i Układem Słonecznym.Cienie, o których dziś będzie mowa noszą wdzięczną nazwę Savanna Green i numer 51. Kupiłam je zupełnie spontanicznie i przyznam, że nie żałuję zakupu! Dlaczego? O tym dowiecie się w dalszej części notki :)

Jak widać na powyższym zdjęciu, możemy wybierać z sześciu iście kosmicznych wariantów. Producent zapewnia, że cienie te przeznaczone są dla kobiet, które szukają profesjonalnego efektu makijażu w warunkach domowych,  wielowymiarowego koloru i wyrafinowanego rozświetlenia nie z tej ziemi! Muszę zgodzić się z tym zdaniem, bo nie mam specjalnych zdolności malowania a z tą paletką radzę sobie całkiem nieźle. Do cieni wypiekanych zawsze  podchodzę z rezerwą bo zazwyczaj na swej drodze spotykałam ciężkie do ujarzmienia egzemplarze. Te są CAŁKIEM inne. Nie dość, ze są dosyć miękkie, to mam wrażenie że także lekko kremowe. A w przypadku numeru 51, uwalniają tysiące złotych drobinek, tworząc przy tym wieczorowy look. Generalnie to świetnie się rozcierają i rozprowadzają po powiece. Makijaż utrzymuje się do kilku godzin. Cienie się nie rolują ani nie zbierają w załamaniach powieki. 


 Ich miękkość sprawia, że są dosyć kruche. W nagłym i całkiem przypadkowym kontakcie z podłogą jednak ucierpiały średnio, bo odpadła wystająca, wypiekana część. Opakowaniu nic się nie stało.

Paletka Savanna Green to tony dosyć ciemnej, zgniłej zieleni ze złotymi refleksami i coś na pograniczu starego złota z nitkami brązu - tak bym to opisała. Jak wspomniałam wyżej, cienie mają tysiące złotych drobinek, które delikatnie rozświetlają oko. I jak nie przepadam za drobinkami w kosmetykach kolorowych, tak te mnie całkowicie oczarowały. Ich blask nie jest jarmaczny i chamski, tylko subtelny i delikatny. I to właśnie dzięki nim otrzymujemy makijaż, dosłownie, na wysoki połysk, czyli wyglądający bardzo profesjonalnie :) Bardzo się z nimi polubiłam i chętnie po nie sięgam. Jeszcze chętniej rozbuduję swoją kolekcję o inne kolory. Gdy je kupowałam, miałam lekkie obawy (awersja do wypiekanych cieni), ale już  pierwsze użycie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie były to źle wydane pieniądze. Paletka okazała się strzałem w dziesiątkę dla moich brązowych i ciemno osadzonych oczu. 

Jako że kosztują ponad 30 zł zamierzam je kupić przy następnej wielkiej promocji -40 w Rossmannie :) Polecam bo naprawdę warto! Szukajcie w szafach Maybelline. A może któraś z Was je już miała? Co o nich sądzicie? Podzielcie się opinią w komentarzu.





Mam nadzieję, że nie zraził Was mój nieudolny makijaż ;)
Pozdrawiam serdecznie,

14 listopada 2013

Cienie Pierre Rene

Słoneczne i ciepłe dni, którymi raczyła nas właśnie piękna polska złota jesień nie oswoiły nas z myślą, że lato dawno już minęło a długie zimowe wieczory są tak blisko. Takie chwile chcielibyśmy trzymać za ogon i wyciskać z nich jak najwięcej się da.

 Muszę Wam przyznać się do pewnej rzeczy. Mianowicie nie lubię połyskujących cieni. Uwielbiam wszystko co matowe, jednakże mój punkt widzenia zmienił się za sprawą pewnej paletki Maybelline, o której notka już wkrótce. Podobnie jest z kolorem złotym i jego odcieniami. Generalnie żebym miała jakiekolwiek świecące drobinki na oczach, cienie muszą zostać poddane dokładnej klasyfikacji, bo oczywiste jest, że nie biorę wszystkiego co dają ;)

Cienie Pierre Rene od dłuższego czasu towarzyszą mi w makijażu dziennym. Są świetnej jakości. Nie rolują się ani nie rozmazują, nie zbierają w załamaniach powieki. Nie ma także problemów z blendowaniem. Mają bardzo dobrą pigmentację. No i oczywiście nie rujnują portfela! Mają także bogatą gamę kolorystyczną, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie. Makijaż wygląda świeżo przez większość dnia więc są warte uwagi :) Można powiedzieć, że dzięki nim zatrzymuję słońce i jesienne złocistości na oczach :)

Niedawno był konkurs na Ambasadorkę Marki. Dziewczyny dostały świetne zestawy do testowania. Jestem czytelniczką czterech z nich, dlatego zapraszam Was na ich blogi to sobie więcej poczytacie na temat asortymentu firmy :)


Własnego makijażu Wam nie pokażę, bo aparat nie chciał współpracować. Mogę Was zapewnić, że wyszedł delikatny i bardzo dziewczęcy :)

Oprócz tego mam dla Was informację, która z pewnością Was zainteresuje! W Drogeriach Natura jest właśnie promocja na cienie marki Pierre Rene i można je kupić w cenie 4.99 za sztukę! Spieszcie się bo oferta jest ważna do 20 listopada :)

Ja swoje cienie kupiłam przez Internet. Do przesyłki otrzymałam mały gratis i list z podziękowaniem za zakup produktów. Moim zdaniem firma dba o klienta :) Swoją kolekcję cieni PR z pewnością jeszcze wzbogacę o brązy. Póki co, najczęściej sięgam po trzy ostatnie kolory :) I wiecie co? Zapomniałam zrobić swatche :O

A Wy macie jakieś kosmetyki tej firmy? :) Piszcie jak zawsze w komentarzach!!



Cień miał podpis: Mat Navy Plue :)




Pozdrawiam ciepło,

27 października 2013

Wodoodporny The Rocket Volume Express

Przedstawię Wam dziś pokrótce o wyżej wymienionym tuszu firmy MAYBELLINE - The Rocket Volum Express Waterproof. Był to zakup już oddalony trochę w czasie, bo przed wakacjami. Przygotowywałam się do sezonu kąpieli na świeżym powietrzu i poszukiwałam właśnie wodoodpornego tuszu do rzęs, choć nigdy nie chciało mi się wierzyć, że którykolwiek naprawdę przetrwa wodne kąpiele. 
Jest to mój pierwszy taki tusz i nie porównując go do innych powiem po prostu, że jest świetny. Utrzymywał się na moich rzęsach pomimo "pełnego zanurzenia" a nawet tarcia rękami. 
Przydaje się też na jesienne i zimowe dni, szczególnie te z pluchą i śnieżycami, kiedy niemalże na 100% połowa tuszu wyląduje na naszych policzkach.  
Jedyną wadą jaką znajduje (ale podejrzewam ma tak każdy tusz wodoodporny, no bo musi się mocno trzymać) jest oporny na późniejsze próby usunięcia go z rzęs. Ale znalazłam na to sposób - najpierw nakładam cieniutką warstwę zwykłego tuszu, a potem wodoodporny. Działanie pozostaje takie samo a zmywa się DUŻO lepiej. :)







ZALETY:
+ bardzo trudno usuwalny z rzęs przy pomocy wody wszelakiego pochodzenia
+ świetne opakowanie (pod względem estetyki)
+ świetna szczoteczka, którą łatwo i równomiernie aplikuje się tusz

WADY:
-bardzo trudno usuwalny z rzęs przy demakijażu

Koniec końców - 5,5 / 6.






~Anku


07 października 2013

Baza pod cienie INGRID

Jak widać na obiecankach się skończyło. Notka raz na tydzień to zdecydowanie zbyt mało. Chwilowo jesteśmy na etapie ogarniania się na uczelniach i ogarniania naszego rozdania, które zakończyło się wczoraj. Bardzo dziękujemy za liczne zgłoszenia! Dajcie nam chwilę cierpliwości :)

Mam Wam kilka nowości do pokazania, ale nie wszystkie mam sfotografowane bo teraz jestem bez aparatu, więc zdjęcia produktów pożyczam, ze strony producenta, bo z telefonu to o 4 litery potłuc. Musicie mi wybaczyć ten faux pas ;) Dziś mam dla Was recenzję bazy pod cienie INGRID. Zapraszam zatem do czytania.
Źródło: http://www.veronavpp.eu/index.php?m=product&t=20&pid=7&cid=24
Kiedy kilka lat temu, jako nastolatka, zaczęłam się malować, nie wiedziałam o istnieniu czegoś takiego jak baza pod cienie. A kiedy się już o niej dowiedziałam, to byłam średnio zainteresowana tym produktem. Ale przecież tylko krowa nie zmienia zdania :D Także więc, pewnego dnia się zainteresowałam, bo makijaż zaczęłam traktować bardziej poważnie. 

Swoje poszukiwania rozpoczęłam od postawienia wymagań dotyczących ceny, jakości i trwałości (a więc działania). I po niedługim czasie znalazłam! Bazę INGRID polecało mi już kilka osób, także nie czułam, że kupuję ją całkiem w ciemno. I po pierwszym użyciu doszłam do wniosku, że moje wcześniejsze zdanie na temat takich produktów zostało całkowicie obalone! 

Baza od INGRID jest koloru cielistego, dzięki czemu świetnie wtapia się w naturalny kolor powieki. Cienie trzymają się na niej naprawdę długo, mają lepszą pigmentację. Nie rozcierają się ani nie rolują. Kolory są jednolite, wyraźne i trwałe. Raz zdarzyło mi się uciąć sobie popołudniową drzemkę i muszę przyznać, że mój make-up na oczach ani drgnął ;) Ten fakt jedynie dowodzi, że baza jest świetna :)

Wiem, że nie wszystkie produktu tej firmy przypadają Wam do gustu, jednakże jestem niemal w 100% pewna, że będziecie zadowolone z tej bazy i osiągnie ona szczyt Waszych makijażowych wymagań. Mój osiągnęła i jestem nią zachwycona.

Baza mieści się w przezroczystym słoiczku z elegancką, czarną nakrętką z logo firmy na wierzchu. Słoiczek zaś umieszczony jest w czarnym matowym kartoniku.  Za zawartość 6.5 g z datą ważną do 2016 r zapłaciłam 8.50! - to moim zdaniem bardzo dobry zakup, wart swojej ceny. Oprócz tego baza jest bardzo wydajna i nie wydaje mi się abym ją szybko zużyła.

Producent pisze:
Dzięki lekkiej, kremowej konsystencji umożliwia równomierną, delikatną aplikację. Olejek z oliwek zapewnia nawilżenie, zaś witamina E znana z przeciwstarzeniowych właściwości doskonale wpływa na kondycję skóry. Kolory na powiekach staja się bardziej nasycone, cienie nie zbierają się w załamaniu powiek, zaś efekt spektakularnego makijażu utrzymuje się przez wiele godzin.

Zalety:
+ Wielki, ogromny plus należy się za to, że jest to produkt polski w Polsce wyprodukowany!
+ Niewątpliwie przedłuża trwałość cieni
+ Nie roluje ich
+ Bardzo wydajny
+ Tani. Nie uważam aby cena 8.50 była zbyt duża
+ Fajna konsystencja, coś w rodzaju musu/kremu
+ Zawiera olejek z oliwek i witaminę E

Wady:
- BRAK !

Skład: C11-13 Isoparaffin, Talc, PVP/Hexadecene Copolymer, Ozokerite, Mica, Isopropyl Myristate, Ethylene/VA Copolymer, Olea Europaea Oil, Phenoxyethanol (and) Methymparaben (and) Propylaparaben (and) Ethylparaben (and) Bythylparaben, Tocopheryl Acetate, Triethoxycaprylylsilane, +/- Cl 77891, Cl77492, Cl77491, Cl77499

Daję temu produktowi 6+ i POLECAM go wszystkim bardzo serdecznie!

A Wy jakich baz pod cienie używacie? Pochwalcie się w komentarzach! :)

Pozdrawiam październikowo, 
Paulina.

22 sierpnia 2013

Eyeliner Studio LASH Miss Sporty

Miałam napisać o tym już dawno, ale nie chodzę teraz na zajęcia, a więc nie używam eyelinera tak często i sprawa się odwlekła. Dziś wreszcie przedstawiam wam - Eyeliner Studio Lash od Miss Sporty
Zacznę od tego, że nie jestem ekspertką w tych sprawach, nawet amatorką nie, bo to dopiero mój pierwszy eyeliner. Ale jak każdy mam pewne wyobrażenie o wszystkim i ten produkt raczej im odpowiada. 
Nie mam jakiś szczególnie wygórowanych oczekiwań jeśli chodzi o produkt tego typu. Jak dla mnie ma robić czarne kreski i nie zmywać się zbyt szybko. Z przykrością muszę stwierdzić, że jednej z tych właściwości ten eyeliner nie spełnia, bo ucieka z mojej powieki zbyt szybko. 
To, co cenię sobie szczególnie to jego cena - 8 zł / 3,5 ml. I tutaj trzeba przyznać, że jakość raczej odpowiada cenie. 
Na koniec powiem tak - niezbyt wymagających ludziów zadowoli, resztę nie bardzo. ^^


ZALETY:
+ cena 
+ ma ładny, czarny pigment 
+ wygodny aplikator, którym łatwo zrobić prosta kreskę 
+ długo utrzymuje, nie wiem jak to nazwać - świeżość? płynność? - w każdym razie sporo czasu może spędzić w kosmetyczce nim będzie nieprzydatny do użycia 





WADY:
- zbyt szybko ulatnia się w niewyjaśnionych okolicznościach z powiek




Ocena jaką otrzymuje ten eyeliner to 3.



P.S.: A może macie jakieś propozycje jeśli chodzi o eyelinery? Bo niedługo będę potrzebowała nowego, a tego już raczej nie kupię mimo wielu zalet. Potrzebuje czegoś co wytrzyma długie godziny zajęć na uczelni. :)


~Anku

07 sierpnia 2013

Cienie KOBO i truskawkowy makijaż :)

Wyprzedzając wszystkich życzliwych anonimowych komentujących: na zdjęciach widnieje błędna nazwa ponieważ wkradła się literówka, którą zauważyłam dopiero teraz.
Dziś przedstawię Wam 9 prasowanych cieni KOBO, które bardzo lubię. Pozwalają mi ożywić makijaż dzienny oraz urozmaicić wieczorowy. 
Ich wielką zaletą jest to, że długo utrzymują się na skórze (bez bazy). Wszystkie są dobrze napigmentowane, mają wyraźny kolor (wyjątkami są Bublegum Pink nr 111 i Golden Olive nr 126 ale raczej wynika to z tego, że są bardzo jasne). Cienie dostępne są w drogeriach Natura. Moim zdaniem to wielki minus dla firmy, bo produkty mają super ale dostępne właśnie tylko w Naturze i jak przeczytałam na innych blogach w Super Pharm i Hebe.
Jak można zauważyć są one przeznaczone do magnetycznych paletek ale same w sobie nie są namagnesowane. Na stronie producenta przeczytałam, że są to zapasy do komponowania swoich własnych paletek. Ja nie posiadam magnetycznej palety, może kiedyś się takiej dorobię, może kupię albo zrobię sama, więc trzymam je na razie w pudełku z innymi cieniami i jest ok. :) Jak mi jakiś potrzeba to go po prostu wyjmuję i używam. Ogólnie to raczej je oceniam jako warte posiadania i używania. Moim zdaniem, ich kolejnym wielkim plusem jest to, że nie zawierają świecących drobinek. No wyjątkami są tutaj Golden Olive i Steel Blue, które drobinki posiadają, ale nie są one strasznie natrętne. Ceny nie pamiętam, więc podaję taką jaka widnieje na stronie producenta: zwykłe opakowanie kosztuje 17,99 zapas 13,99 za pojedynczy cień. Z tego co pamiętam moja siostra kupiła je w promocji za niewielkie pieniądze. Oczywiście to nie sa wszystkie odcienie, jest ich znacznie więcej :) A jakie jeszcze są do wyboru zobaczycie klikając tutaj. Wiem jedno: na pewno sobie jeszcze jakieś sprawię :)
Poniżej przedstawiam Wam każdy cień oddzielnie oraz na samym końcu mój niedzielny makijaż inspirowany koktajlem truskawkowym :)

Zalety:
+ Ładne, żywe kolory
+ Łatwe w aplikacji
+ Długotrwałe
+ Nie rozmazują się

Wady:
- Jako takich nie zauważyłam oprócz dostępności

Moja ocena: 5 ponieważ dobrze się spisują ale cały czas się ich "uczę" :)


 








Tak wyglądają roztarte na ręce. Jak widzicie jest literówka za co serdecznie przepraszam ;) A kolory? PIĘKNE są!
Inspirowałam się:


A oto mój makijaż :) Nie jest idealny, ale jeszcze się uczę. Bądźcie wyrozumiali. Powiedzcie czy się podoba czy nie :) Moim zdaniem jest delikatny i dziewczęcy, mimo czerwieni ;) Ale co tam moje zdanie, tutaj liczy się Wasze! :D




Kosmetyki, które użyłam:

Twarz: podkład Maybelline New Affinitone 18 natural rose, róż Ingrid Sun Set nr 10. Oczy: Rimmel Extreme Definition nr 003, Vipera Ikebana nr 261, Kobo Bubblegum Pink nr 111, Kobo Papaya Shake nr 106, Essence Into the Wild nr 01, Kobo Wild Strawberry nr 108, tusz Oriflame veryme Fat Lash Black Out Mascara. Usta: Oriflame veryme Sweet Plum.

Co sądzicie? Piszcie w komentarzach :)
Ściskam!
~Paulina

Ps. Kto jeszcze nie czytał mojego wcześniejszego postu o fajnej akcji, w której KAŻDY może wziąć udział, to zachęcam: ADOPCJA SERCA - MAMY DLA MAM