28 lipca 2014

Maseczki do wlosów Biovax

Kolejny post z daaaawno zaczętej serii - włosy na wiosnę (można poszukać w tagach pod tą nazwą :)) i lato jak sie okazuje. Jak przewiniecie niżej albo klikniecie to natraficie jeszcze na recenzję olejku migdałowego i szamponu przeciwłupieżowego.


Dziś chcę opowiedzieć wam o dwóch maskach do włosów firmy L'biotica z serii Biovax - jedna z naturalnymi olejami a druga przeznaczona specjalnie do włosów ciemnych. Swoją pierwszą z tej maseczkę z tej serii kupiłam w Biedronce już kiedyś kiedyś, jak się pierwszym razem pokazały. Potem bardzo żałowałam, że kupiłam tylko dwie saszetki, daltego jak tylko pojawiły się drugi raz, zaopatrzyłam się w większą ilość. Nie wiedziałam jednak jeszcze wtedy, że można je zazwyczaj dostać w zwykłej aptece. Dlatego jak dokończę te dwie ostatnie sztuki, pobiegnę (dosłownie!) po całe opakowanie do apteki.

Wiadomo, każda z nich ma swoje lepsze i gorsze strony. Najkrócej rzecz ujmując: Naturalne olejki - prześwietne działanie i zapach; Do włosów ciemnych - NIEZIEMSKI zapach ( w sensie nieziemsko przyjemny) i świeci :3

Przybliżę nieco każdą z nich.









NATURALNE OLEJE (brązowa)
Posiada w swoim składzie 3 naturalne oleje - mocno popularny w ostatnim czasie arganowy, makadamia i kokosowy. Dla mnie niezwykle cenny jest ten ostatni. Nie wiem czy każdy zdaje sobie sprawę, ale tak powszechnie używany do wykonywania domowych kosmetyków olej kokosowy ma m.in. działanie przeciw-wirosowe, -bakteryjne i co najważniejsze -grzybicze, czy na nieszczęsny łupież oraz inne problemy skóry głowy. 




DO WŁOSÓW CIEMNYCH (biała)
Ta z kolei zawiera ekstrakt z alg brunatnych, filt UV (bardzo ważny przy ciemnych włosach, i nie tylko), olejek ze słodkich migdałów, o którym pisałam przy okazji ostatniej recenzji oraz ekstrakt z henny. Każdy ze składników przyczynia się do poprawy jakości owłosienia na głowie - algi z ogromna ilością wszystkiego co dobre silnie odżywiają włosy, olejek wiadomo, a filtr i henna chronią ciemne włosy przed utratą koloru. Jak wspomniałam wcześniej ta maseczka zachwyca zapachem. Mnie naprwde bardzo odpowiada. No i ma taki mały dodatek jak drobinki czegoś świecącego, co mnie przy każdym nakładaniu zachwyca urodą. 

Różni je jedynie nieznacznie konsystencja. Maseczka przeznaczona do ciemnych włosów jest bardziej jakby leista, zbliżona balsamom. Naturalnym olejom natomiast bliżej do masła niż balsamu.

Zasadniczą i chyba najważniejsza jednak cechą obu tych masek jest zupełny brak parabenów, SLS, SLES i innych niepotrzebnych w produktach do włosów śmietków. Ta z olejami co prawda troche lepiej radzi sobie z poprawą wyglądu włosów. Ta do włosów ciemnych nadrabia z kolei wyglądem i zapachem a działaniem depcze po piętach pierwszej. Szczerze? Nie potrafiłabym wybrać, która lubie bardziej. Kto wie, może jak wypróbuję inne z tej serii odnajdę tę jedną jedyną i będziemy żyły długo i szczęśliwie z pięknymi włosami.
Podsumowując jednym zdaniem - nie wyobrażam sobie już pielęgnacji włosów bez produktów serii Biovax. 
Technika pracy z nimi jest prosta - nakładach na cała długość włosa, po same końce, zostawiasz na jakies 15 minut (ja zwykle dłużej, nawet do pół godziny), spłukujesz i cieszysz się efektem.
Apropo, gdzież moje maniery, może powiedziałabym coś o efekcie po użyciu (się zebrała, na końcu, nie?). Określenie tego jet dość łatwe i nieskompikowane - efekt powala już po pierwszej aplikacji. Dosłownie. Już przy spłukiwaniu czuć, jak włosy miękną pod palcami, a po wysuszeniu nie możesz przestać dotykać (ja tak mam). Słowem włosy stają się lśniące, miękkie, zywczajnie piękne. 

Dodam jeszcze, że jedna saszetka (20ml) wystarcza mi w zupełności na dwa mycia.





































P.S.: Szykujemy z Pauliną małe rozdanie w najbliższym czasie.
 Śledźcie więc bloga uważnie ;)







26 lipca 2014

Olejek migdalowy od KTC (duuzo zdjec) + podsumowanie olejowania






Historia z tym olejkiem jest taka, że Paulina zamiała akurat w internecie pare kosmetyków dla siebie, postanowiłam więc się dołączyć. Zdecydowałam się m.in właśnie na ten olej. Lekko zaskoczyło mnie, kiedy przekonałam się KTC to firma zajmująca się produkcja olejów, ale dla branży spożywczej a nie ksoemtycznej. "Cóż jednak" - pomyślałam, olej jak kazdy inny. Skoro używam też oliwy z oliwek to czemu nie tego.Pierwszym co rzuciło mi się w oczy to konsystencja - nie bardziej 'wodnista', lejąca niż większości olejów. Później przekonałam się, że ta właściwość utrudnia nieco aplikacje -> ucieka z rąk ^^. Kiedy już udaje mi się nanieść całą. mieszankę do olejowania ( ja stosuję taką - wszystko na oko - olej migdałowy, ciepła woda, witamina A+E jedna bądź dwie kapsułki, nieco oliwy z oliwek) włosy staja się niesamowicie błyszczące, święcą sie jak psu wiadomo co na wiosne. Wielką, wielką zaletą tego oleju jest tez łatwośc zmywania (przyajmniej tak mi się wydaje, w porównianiu z innymi olejami). Nie wymaga wielokrotnego powtarzania mycia, wysatrczy umyć dwa razy.
Jeżeli chodzi o efekty, są naprawde zadowalające. Włosy są przyjemne w dotyku, lśniące i gładkie
Niestety można go dostac chyba jedynie na allegro i w 'dobrych' sklepach spożywczych. Ja w żadnym okolicznym sklepie nie dojrzałam takowego.


PLUSY:

+ łatwo się zmywa
+ ma przyjemną konsystencję
+  dość wydajny
+ efekt- miękkie, lśniące włosy
+ baby hair, w ogromnej ilości! (ale to całego olejowania zaleta właścwie)

MINUSY:

- rzadko to stwierdzam ale chyba żadnych


Mimo, żadnych wad, olejem tym zachwycona nie jestem, że tak powiem "bez szału". Ale napewno jeszcze kiedyś zaopatrze się w taki. Tymczasem wypróbuje pare innych, bo dopiero zaczynam swój romans z olejowaniem włosów.


Ocena: 4.


P.S.: Zdjęcia włosów wstawię później bo baterie zechciały się akurat rozładować.












W paru zdaniach opowiem co widze i czuję, że na włosach sie zadziało. Kondycja włosów, choć nie widac tego zbytnio na zdjęciach poprawiła się, są napewno milsze w dotyku i zwyczajnie zdrowsze. Końcówki nieznacznie również się poprawiły, już nie są tak wysuszone. Rozdwojonych końcówek wiadomo nic nie zregenruje, co najwyżej fryzjer. Co najważniejsze jednak zwiększyła sie znacznie objętość i lekkość włosów. Na głowie zaś pojawiła się przeogromna ilość baby hair. I tym ostatnim efektem jestem najbardziej zdumiona i zachwycona. Słyszałam wiele razy, że takie właśnie są rezultaty olejowania, ale nie sądziłam, że aż takie. Polecam więc olejowanie z całego serca każdemu! 














24 lipca 2014

Wyzwanie blogowe na lipiec #Dzien 5# Moj typowy dzien



Jeżeli chodzi o mój typowy dzień to zależy on od tego na jąka porę roku się trafi. 
W roku akademickim moje dni nieznacznie się różnią, a właściwie wyglądają tak samo - wstaje, jade na uczelnie gdzie spędzam czasami długie godziny, wracam, ucze się, ucze, ucze, ucze, śpie, wstaje i cykl zaczyna sie od nowa. Inaczej jest w weekendy, kiedy uczę się zaraz jak wstanę. No dobra, przesadzam (żeby nie zrazić przyszłych studentów Medycyny Weterynaryjnej :p ), moge sobie pospać, mam troche czasu dla siebie, nauka nie wypełnia już całego dnia. Niekiedy jak jest lużniejszy tydzień  udaje się nawet gdzieś wyskoczyć. Chyba, że jest to weekend przed tygodniem z cyklu "Zróbmy studetom 5 zaliczeń w 1 tygodniu z najważniejszych przedmiotów z najwięksża ilością materiału do nauki" to wtedy nie wiadomo w co ręce włożyć, ale to z rzadka.
Odręba sprawa jest kiedy są to wakacje czy ferie, jak teraz.
 Obecnie mój typowy dzień staram zaczać się (przynajmniej pare razy w tygodniu) od lekkich ćwiczeń na dobry początek dnia. Następnie wsiadam na rower i zmierzam do pobliskiego gabinetu weterynaryjnego, z przemiłą Pania doktor, gdzie przyuczam sie do przyszłego zawodu, co wypełnia właściwie większą część mojego dnia. A wieczorami naturalnie objeżdżam okoliczne wioski, miasta na swoim bicyklu. Od czasu do czasu, typowe letnie dni przerywane są takimi spędzonymi na rwaniu malin. Ale to tylko pare godzin i rzadko, w końcu to ledwie pare rządków. Weekendy spędzane zazwyczaj z rodziną nad wodą, jeśli pogoda dopisze bądź z rowerem na dłuższej wyprawie.

Tak oto dobrnęliśmy do końca mojej opowieści. Na Pauliny część musicie uzbroić się z cierpliwość, gdyż wyjechała i nie zdążyła napisać.Niezwłocznie zupełni jednak swoja część po powrocie.

Pozdrawiam!


  

23 lipca 2014

Krem do rak Milk&Honey Gold ORIFLAME

Jeżeli macie spierzchniętą, popękaną lub szorstką skórę dłoni, to mam nadzieję, że mój dzisiejszy post was zainteresuje. Osoby, które chociaż raz oglądały ofertę firmy Oriflame, z pewnością wiedzą, że linia Milk&Honey Gold jest bardzo bogata. Dziś opowiem wam o najlepszym, moim zdaniem, produkcie, który z niej pochodzi. Mowa o nawilżającym kremie do rąk. Według mnie jest bardziej skuteczny od Neutrogeny (klik do recenzji) i "czerwonego" Garniera (klik - recenzja). Dlaczego?


Według producenta, krem zawiera wartości odżywczo-pielęgnacyjne mleka i miodu (o miodzie pisałam tutaj - klik). Przypomnę tylko, że miód w rewelacyjny sposób koi spękany naskórek i jednocześnie go nawilża. Mleko zaś znane jest z właściwości pielęgnacyjnych i zmiękczających skórę. Wszak sama Kleopatra używała go do kąpieli ;)

Co prawda nie znam się na składach ale uważam, że ten krem jest wartym polecenia produktem. Ale jak każdy kosmetyk, ma swoje plusy i minusy. Jest dość zbitej ale łatwej w rozsmarowaniu konsystencji. Zamknięty w 75 ml półprzezroczystej złotej tubie ze złotym zatrzaskiem, łatwo postawić na półce i wykorzystać do cna. Ma słodki zapach, bardzo zbliżony do zapachu miodu, ale nie chemiczny - długo pozostaje na skórze. W miarę szybko się wchłania ale zdarza mu się kleić. Wydaje mi się, że jest to jednak zależne od ilości nałożonej na skórę. Dlatego zaleca się go aplikowanie na noc.




Działanie:
Praktycznie ekspresowe. Jako, że jest on produktem do pielęgnacji dłoni raczej cięższego kalibru, to jak wspomniałam wcześniej nakładam go najczęściej na noc. W ciągu tych kilku godzin snu, skóra wchłania składniki odżywcze i pielęgnujące, które się w nim znajdują. Po kilku takich "sesjach domowego spa" naskórek jest widocznie nawilżony i zmiękczony. Nie ma śladu bo chropowatości skóry, czy jej odstawaniu. Co prawda sam w sobie nie jest tłusty ani lepki ale, jak napisałam wyżej, będąc na skórze klei się w taki sam sposób jak miód. Spróbujcie kiedyś dotknąć miodu palcem i wsmarować w ciało. Odczucie jest takie same, ale mi nie przeszkadza. Muszę tutaj zaznaczyć, że nie zostawia tłustego filmu. Tylko się klei. Bo wiecie, to jest różnica ;) Nie mniej jednak, pomimo tego mankamentu, oceniam go jako krem do zadań specjalnych ;) Jeśli zaś chodzi o paznokcie to także je w jakiś sposób nawilża i pielęgnuje - nie łamią mi się i wyglądają zdrowo (skórki też).

 Jego cena się waha od 6 do 20 zł, więc trzeba być na bieżąco z ofertą. Ja nabyłam go na promocji i jako konsultantka kupiłam jeszcze taniej. Także trzeba się rozglądać ;) Polecam go wam serdecznie, bo jest to dobrej jakości produkt, który doskonale zwalczy suchość skóry dłoni. Podsumujmy:

Zalety:
+ Bardzo dobrze zmiękcza naskórek oraz nawilża.
+ Przyjemny niechemiczny zapach.
+ Poręczne opakowanie i otwarcie na zatrzask.
+ Szybkie efekty nawilżenia.
+ Nie zostawia tłustego filmu.

Wady:
- Małe opakowanie.
- Zbyt wysoka cena jak na ilość produktu w tubie (cena regularna wynosi prawie 20 zł/75 ml).
- Klei się, dlatego najlepiej używać go na noc (ale to nie jest tłusty film).

Moja ocena: 4

Pozdrawiam,

22 lipca 2014

Wyzwanie blogowe na lipiec #Dzien 4# Ulubiona ksiażka/album muzyczny/film, do którego lubię powracać

Hoho tutaj można wymieniać :) Oczywiście każda z nas ma swoje ulubione typy. Musicie wiedzieć, że choć przyjaźnimy się od zerówki to diametralnie się między sobą różnimy. 


Paolo Nutini - 'Sunny Side up' - mój wybór na dziś- dłuuugo się wahałam, co wybrać na te pozycję z tak wielu książek/albumów/filmów, które uwielbiam. O włos niemalże wygrał z filmami Gran Torino i Snatch (też niepotrafiłabym wybrać między nimi). Książek z kolei bardzo nie brałam pod uwage, bo za mało życia mego a za dużo ksiązek abym je czytała po razy kilka, choć mam wiele ulubionych. Koniec końców stanęło na tym właśnie albumie - Sunny side up (dla ciekawych świata to określenie dotycząće jajek, sposobu przyrządzania - żółtkiem do góry, słoneczną stroną do góry ;) ). Generalnie Paolo Nutini'ego uwielbiam całym sercem, wszystkie jego płyty, ale tę darzę szczególnym sentymentem, zwłaszcza, że była jednym z prezentów na moje 18 urodziny. Mimo, że zdarza mi się zająć umysł i uszy przez pewien czas  inną muzyka i artystami, przychodzi czas, że jako rzecze temat posta lubię powracać do Nutini'ego, a nade wszystko do tego albumu. Wyciągnął mnie z niejednej emocjonalnej studni. Co więcej, na nim naturalnie znajduje się mój zarazem pierwszy usłyszany(od którego zaczełą się dozgonna miłość) jak i ulubiony utwór z repertuaru tego artysty - Coming Up Easy <3. Wyciągnął mnie z niejednej emocjonalnej studni. Choć nie wszystkie piosenki mają wydźwięk pozytywny, kiedy tylko rozbrzmiewają z moich głośnikach natychmiast się rozluźniam, opanowuje mnie błogi spokój.  Na odchodne dodam, że słucham go właśnie teraz prz pisaniu tego posta. :)

U mnie sprawa jest prostsza, bo jestem zwyczajnie uzależniona od czytania. Mam swoje ulubione tytuły i bardzo często do nich wracam ale patrząc na mój największy zbiór i stan zaczytania, mogę uczciwie stwierdzić, że za moją miłością do fantastyki stoi... Jakub Wędrowycz a raczej jego autor, Andrzej Pilipiuk. Pisarz nazywający się nie bez powodu "Wielkim Grafomanem" jest moim idolem już od wielu lat. Przeczytałam już wszystkie jego książki (z wyjątkiem cyklu Oko Jelenia, które średnio do mnie przemawia), większość mam na swojej półce. Pilipiuk ma tyleż samo zwolenników jak i przeciwników, więc nikogo nie będę namawiać do zapoznania się z jego twórczością. Jednak wspomnę, że jego styl pisania jest bardzo lekki, roi się w nim od wszelkiego rodzaju aluzji, nierzadko połączonych z niewybrednym żartem. Dlatego uwielbiam wracać do jego książek. Szczególnie do wspomnianego powyżej Jakuba Wędrowycza, cyklu o kuzynkach i Norweskiego Dziennika.  


A to tak dla żartu ;)


A czy wy brałyście udział w wyzwaniu Ulu Phelep? Co prawda my jesteśmy trochę opóźnione z tymi notkami, ale ciągle nadrabiamy - pracujemy, więc nie zawsze był czas aby sklecić sensownie parę słów ;)

Pozdrawiamy, 

21 lipca 2014

Haul zakupowy, czyli nowosci w mojej kosmetyczce

Dziś przedstawię wam to co ostatnio znalazło się w mojej kosmetyczce i nie tylko ;) Większość rzeczy to produkty które znajdowały się na mojej wishliście :)

KRYOLAN CAKE EYE LINER - eyeliner w kamieniu (kosmetykomania.pl, 32,00 zł)
Przyznam, że od dawna poszukiwałam linera, który nie smuży ani nie prześwituje a przy tym nie jest strasznie mały. Z pewnym wahaniem ale z dużą ciekawością zdecydowałam się na eyeliner w kamieniu. Szczerze, nigdy takiego nie spotkałam na swej kosmetycznej drodze. Z wyglądu przypomina zwykły cień. Jednak po dodaniu wody (dodaję różaną) zamienia się w bardzo dobrej jakości produkt. Miałam lekkie obawy, czy podołam i będę umiała sobie z nim poradzić, bo liner jest kosmetykiem profesjonalnym. Ale niepotrzebnie się bałam bo jest łatwy w stosowaniu.Użyłam go już kilka razy i się nim zachwyciłam. Więcej napiszę w recenzji ale już wiem, że był to bardzo dobry zakup ;)

_______________________________________________________________

SLEEK AU NATUREL - paletka cieni (kosmetykomania.pl, 37,49 zł)
Ta paleta chodziła za mną odkąd pojawiła się na rynku. Ma śliczne cienie, które świetnie pasują do mojej oprawy oczu. Myślę, że szybko się polubimy ;) To już druga paletka tej firmy, którą mam :)

_______________________________________________________________

MASKA DO WŁOSÓW Z KERATYNĄ KALLOS - maska do włosów zniszczonych (Allegro, 7,98 zł)
Słyszałam o odżywkach Kallos wiele dobrego. Postanowiłam sama przekonać się jakie cuda wyprawia na głowie. Użyłam jej już kilka razy i przyznam, że za tak niską cenę nie spodziewałam się aż tak świetnego produktu :)

_______________________________________________________________

TANGLE TEEZER SALON ELITE - szczotka do włosów (Allegro, 26,90 zł)
Wszyscy mają TT, mam i ja! Ale tak serio, chyba wszyscy już je mają, więc zachęcona pozytywnymi komentarzami kupiłam ją. I od pierwszego uczesania nie żałuję zakupu. Moje włosy lecą jak szalone a stara szczotka dodatkowo je wyrywała (choć obchodziłam się z nią delikatnie). Tutaj wychodzą tylko te włosy, które stwierdziły, że już nie chcą pozostać na mojej głowie. Żałuję jedynie, że nie kupiłam jej wcześniej ;)

_______________________________________________________________

PĘDZELKI HAKURO- H24 i H85 (kosmetykomania.pl; H24 - 25,90 zł; H85 - 10,90 zł)
Od dłuższego czasu poszukiwałam porządnego pędzla do różu i bronzera. Ten pędzel zbiera wiele pozytywnych opinii, więc właśnie w oparciu o nie, się na niego zdecydowałam (i niech mi ktoś powie, że blogi kosmetyczne są niepotrzebne i passe!).
Podobnie rzecz ma się z H85. Nie miałam pędzelka do kresek a taki wydaje się najwygodniejszy, więc kupując liner od razu go nabyłam ;)

_______________________________________________________________

MARION ODŻYWKA W SPRAYU (sklepik stacjonarny, ok. 7 zł)
Szybko potrzebowałam czegoś co pozwoli łatwo rozczesać włosy. Zdecydowałam się na ten spray, bo kiedyś podbierając go siostrze odczułam pozytywne skutki na czuprynie. Dodatkowym atutem odżywki jest cena nieprzekraczająca 10 zł, w sam raz na studenta ;)

_______________________________________________________________

MARION SATYNOWE MLECZKO DO KRĘCONYCH WŁOSÓW (sklepik stacjonarny, 6,20 zł)
Tak jak napisałam w poprzedniej notce - kupiłam go dla porównania. W najbliższym czasie napiszę jak się sprawdza na moich falowanych włosach :)

_______________________________________________________________

ZESTAW KOSMETYKÓW ORIFLAME WANILIA I GRANAT - krem pod prysznic, krem do rąk i mydełko (Oriflame, 16,90 zł)
Urzekł mnie miłym zapachem, więc go kupiłam. Czeka w kolejce do użycia ;)

_______________________________________________________________

WOSKI YANKEE CANDLE & WOOD WICK - zapachowe woski (kosmetykomania.pl. i cozazapach.pl; 5,25 zł; 6.30 zł; 8,01 zł)
Jak widać, po zdjęciu są już w użyciu. Żałuję, że Midnihgt Jasmine kupiłam tylko jeden. Jest przepiękny! Niedługo ukaże się zbiorcza recenzja ;) Powiem tylko, że uległam woskomanii ;)


A wy, macie któryś z produktów? Który chcecie abym zrecenzowała jako pierwszy? Piszcie jak zawsze w komentarzach ;)

Buziaki,

19 lipca 2014

Mleczko prostujace wlosy MARION

Firma Marion jest znana od wielu lat za sprawą bardzo dobrych kosmetyków za niewielką cenę. Jednym z nich jest mleczko prostujące z serii Termo-ochrona. 120 ml produktu znajduje się w perłowo-białej nieprzezroczystej butelce z czerwonym zamknięciem na zatrzask. Szata graficzna - typowa dla produktów do włosów tej firmy. Sam produkt jest koloru białego a jego konsystencję określiłabym jako zbitą ale nie galaretowatą ani lejącą. Przyznam, że łatwo rozciera się je w dłoniach i aplikuje na włosy. Zapach kosmetyku jest bardzo przyjemny, jakby perfumowany. Zaznaczę, iż włosy po wysuszeniu pachną nim długi czas. 

Działanie: 
Tak jak zapewnia producent - skutecznie prostuje włosy. Jako, że zrezygnowałam dosyć dawno z prostownicy, nie mogę powiedzieć jak włosy zachowują się po zabiegu prostowania z jego użyciem. Jednak nie omieszkam napisać w jakim są stanie po wysuszeniu. I rzeczywiście - gdy suszyłam włosy suszarką (a robię to tylko w "krytycznych" sytuacjach) mając na nich mleczko, to zauważyłam, że wyglądały na naturalnie proste. Końcówki zawsze wyglądały bardzo naturalnie. Wiecie, włosy po prostownicy zawsze mają idealnie prościutkie końcówki. Po suszarce - delikatnie zawinięte do środka. To według mnie jedna z cech naturalnie prostych włosów. Podobny efekt uzyskuję gdy włosy schną same, bez wspomagaczy. Ale zauważyłam, że gdy idę spać z mokrą głową, mleczko podkreśla naturalny skręt. Myślę, że ma to wpływ ilość rozprowadzanego produktu, bowiem podobna sytuacja zdarzyła mi się tylko kilka razy. Nie miej jednak  uważam ten produkt za wyjątkowo udany dlatego w tym miejscu zgodzę się się z zapewnieniem producenta, że efekt jest długotrwały. Ale zaznaczę, że moje włosy są tylko lekko falowane, więc nie można mieć pewności, ze w ten sam sposób mleczko zadziała na typowo zakręconą czuprynę. Marion ma w ofercie także mleczko przeznaczone dla włosów kręconych, mam je w swojej kosmetyczne, więc niedługo pojawi się jego recenzja :)

Oprócz opisanych wyżej rewelacji, mleczko ma chronić przed wysoką temperaturą. Moje włosy są suche i łamliwe, a w dodatku wypadają, także nie bardzo stwierdzę czy mleczko je ochroniło, ale przyznam, że nie zauważyłam niepokojących zmian, więc uznaję je za skuteczne w tym wypadku :) Produkt nie ma również wpływu na świeżość i przetłuszczanie się włosów, ponieważ producent zaleca nakładanie go pomijając nasadę. Mleczo uważam za wydajne, gdyż używam je zawsze przy suszeniu suszarką oraz gdy zamarzą mi się proste włosy :) Nie wspomniałam jego ceny. Jak dobrze pamiętam to zapłaciłam za niego +/- 5 zł. Według mnie to dobra cena.


Zalety:
+ Efekt naturalnie prostych włosów
+ Niska cena
+ Wygodne opakowanie i sposób aplikacji
+ Miły zapach
+ Termo-ochrona

Wady:
Jedynie do czego skłonna jestem się przyczepić, to do nieprzezroczystej butelki, uniemożliwiającej sprawdzenie ilości produktu oraz wypukłemu wieczku, które nie pozwala na postawienie opakowania do góry nogami, w celu wydobycia resztek - trzeba rozcinać albo opierać o butelkę.

Moja ocena 5,5

Macie? Stosujecie? Piszcie jak zawsze w komentarzach :)

18 lipca 2014

Wyzwanie blogowe na lipiec #Dzien 3# 10 rzeczy, które lubimy i 10, których nie znosimy

Co lubimy a czego nie znosimy? Hmm tutaj lista byłaby dłuższa niż 10 punktów ;) Szczerze mówiąc odpowiedzi zaskoczyły nas same. A jeśli chodzi o sam post to pochodzi on z blogowego wyzwania Uli Phelep. Więcej informacji po kliknięciu tutaj: http://urszula-phelep.com/2014/07/wyzwanie-blogowe-lipiec-5-dni-do-lepszego-bloga/


10 rzeczy które lubi Paulina:

1. Czekolada - uwielbiam ją w każdej ilości. Między innymi dlatego wyglądam jak wyglądam :D
2. Książki - podobnie jak czekoladę - w każdej ilości! Wiecie, nie ma nic cudowniejszego od zapachu papieru i farby drukarskiej ;) Najpierw napawam się tym zapachem a następnie zagłębiam się w treść. I wiem, że nie tylko ja, więc nie uznajemy tego za dziwactwo ;)
3. Słodkie zapachy. Moja mama zawsze mówi, że pachnę jak cukierek i się dziwi, że mnie nie mdli. Ojj no bez przesady!
4. Wanilia- dodają ją wszędzie tam gdzie tylko mogę. Głównie do wypieków ;)
5. Uwielbiam spać do późnego południa w soboty i niedziele oraz w wolne dni. To są dni, które mają za zadanie ładowania akumulatorów na cały przyszły tydzień, więc są wyjątkowe.
6. Zapach powietrza po burzy <3
7. Trampki - w ilościach hurtowych. Najwygodniejsze buty świata!
8. Malować paznokcie - przez długi czas je obgryzałam. Teraz nadrabiam zaległości ;)
9. Yankee Candle - kilka dni temu kupiłam swoje pierwsze woski. Zakochałam się od pierwszego powąchania! :D
10. Nosić luźne ubrania. Od małego lubiłam chodzić w spodniach i ubraniach 2 rozmiary za dużych. Dopasowane rzeczy ściągałam w mgnieniu oka bo albo gryzło albo "cisknęło"

10 rzeczy, które lubi Ania:

1. Kolor zielony.
2. Zwierzęta wszelkiej maści i ilości
3. Fordy. Nie tylko mustangi.
4 Przysiąść wieczorem w kokonie z koca z dobrą książką.
5. Gdy kromka chleba pokrytaa jest masłem/dżemem/innym smarowidłem czy wędliną równo po brzegi.
6. Gdy mój pokój sprząta się sam.
7. Robić zdjęcia wszystkiego, co jest mniejsze od truskawki.
8. Przytulać się (bardzo lubię:3)
9. Jazdę rowerem - Paulina coś o tym wie ;)
10. Kiedy budzę się rano ze śpiewem ptaków i słońcem za oknem.

10 rzeczy, których nie znosi Paulina:

1. Ludzi-krów. Wiecie to są takie osobniki, których nie można ominąć ani wyminąć ani przeskoczyć. I nie o gabaryty tu chodzi ;)
2. Podpitych wujków na weselach - chyba nie ma nic gorszego na takiej imprezie ;)
3. Od jakiegoś czasu robotników przebudowujących drogę biegnącą obok mojego domu. Mam to "szczęście", że okno mojego pokoju wychodzi właśnie na ulicę. Hałas i kurz są tragiczne.
4. Komarów, pająków, much itp. brzęczących i gryzących stworzeń.
5. Gdy ktoś odrywa mnie od pochłaniającego mnie zajęcia.
6. Zimy - choć jest piękna za oknem, to nie lubię przebywać na dworze gdy jest zimno. Brr!
7. Horrorów itp. filmów.
8. Twórczości S. Kinga i P. Coelho.
9. Wątróbki, flaków, boczku i salcesonu. Bleee!
10. Jak mnie ktoś mnie do czegoś zmusza. Najczęściej szantażem.

10 rzeczy, których nie znosi Ania:

1. Spóźniania się - zarówno czyjegoś jak i swojego.
2. Gdy stoję już przy kasie a (zazwyczaj) mama wraca się jeszcze po jakiś produkt, podczas gdy ja stoję i kwitnę :P
3. Gdy ktoś przymila się do mojego zwierzaka, choć sama to robię wzgędem innych zwierząt.
4. Kleszczy - wstrętne stworzenia.
5. Gdy zniszczę świeżo pomalowane paznokcie.
6. Rwania malin.
7. Gdy prowadzący zajęcia pracownicy naukowi nie zachowują się jak ludzie i traktują studentów jako zło konieczne.
8. Brukselki - ułee, paskudztwo!
9. Mieć brudnego samochodu.
10. Ludzi próbujących być mądrzejszym od lekarza. Znacie to, prawda?

Pozdrawiamy,