09 września 2014

WLOSY NA JESIEN


ZMIENIAMY ZASADY!
Ze względu na małą ilość zgłoszeń zmianiamy zasady akcji Przygotuj włosy na jesień. Mianowicie co następuje - wystarczy zostawić swoje zgłoszenie w komenatrzam pod tym bądź poprzednim postem.
Zgłoś się a będziesz walczyć o włosową nagrodę niespodzianke!



Jako organizatorki akcji oraz konkursu Przygotuj swoje włosy na jesień zastrzegamy, iż wygląd nagrody może różnić się od przedstawionego na powyższej grafice. Grafika służy wyłącznie do celów promocyjnych konkursu.


Co musisz zawrzeć w zgłoszeniu? 
 Imię:

Adres mailowy:

Adres bloga:

Obserwuję: Tak/Nie 
(jeśli tak, to napisz proszę jako kto)

Mój sposób na piękne włosy jesienią to...




Bardzo ważna jest ostatnia część zgłoszenia, ponieważ to na jej podstawie wyłonimy zdobywczynię/cę nagrody. 
Dzięki niej również po zakońćzeniu akcji stworzymy notkę zbiorczą zawierającą wasze sposoby na piękne włosy.

Osoby, które zaangażują się w akcję w postaci pierwotnej (czytaj tutaj - O tu tu) zostaną uhonorowane dodatkowymi głosami a tym sammym większą szansą na wygraną!

Warunkiem uczestnictwa jest publiczne obserwowanie naszego bloga oraz umieszczenie banera akcji na swoim blogu.

Nie czekaj, zgłoś się juz dziś! 

:)


Ps. Z racji, że do akcji zgłosiło się zbyt mało osób, jesteśmy zmuszone je odwołać. Przepraszamy.


08 września 2014

Tangle Teezer - hit czy kit? Nasza opinia!

Szczotki Tangle Teezer zna chyba każda kosmetyczna blogerka, która interesuje się wszelkimi nowinkami i nowościami tego typu. Swego czasu przez wasze blogi przewinęła się fala postów z opiniami dotyczącymi tej szczotki. Zdania były różne ale bardzo podobne, skłaniające ku zakupowi "magicznego czesadła" i wypróbowania go na swojej łepetynie. Czy rzeczywiście jest tak skuteczny? Czy jest wart swojej ceny? Czy naprawdę nie wyrywa włosów? W czym tkwi wyjątkowość tej szczotki? Na te pytania odpowiadamy dziś wspólnie w jednym poście jako "ekspertki" po miesiącu (Paulina) i pół roku (Ania) używania.


Ja zacznę od kwestii finansowej, bo od niej zazwyczaj mało kto zaczyna albo i nie wspomina nic. Ta sama szczotka a raczej ten sam model szczotki (oryginalny Salon Elite) na Allegro kosztuje mniej aniżeli w sklepach internetowych. Różnica może wynosić aż do 15 złotych, nie wliczając w to kosztów wysyłki.

A ja zacznę od razu do superlatyw, bo nie ma tu co ukrywać i czekać do końca postu - czesanie z TT staje się przyjemnością. Ponad pół roku przyjemności z nim już mam!

Mi się trudno przyznać, ale na początku nie umiałam się nim w ogóle posługiwać. Ciągle wylatywał mi z ręki, z resztą, wylatuje do tej pory ale ujarzmiamy się wspólnie - TT moje włosy, ja TT :) Tutaj do razu zaznaczę, że szczotka jest baaaardzo odporna na wstrząsy. Do tej pory tyle razy spotkała się z ziemią, a nawet się nie zarysowała :)

Co nam się podoba w TT?

WSZYSTKO!

Tak jak wyżej wspomniałam. Cu-do-wne rozczesywanie kudeł. Dlatego nazwałam go rozkudływaczem. I moim zdaniem TT jest NIEZBĘDNY przy długich włosach. No, chyba że ktoś ma je idealnie zdrowe i bez skazy. Moje takie nie są, szczególnie gdy długo nie widzą fryzjera. Lubią się plątać, puszyć i wywijać w różne strony. Oczywiście Tangle Teezer nie ujarzmi wszystkiego, ale przede wszystkim dokładnie rozczesze włosy. No i nie wypada nie wspomnieć, że ich nie wyrywa...

...a to można zawdzięczać innowacyjnemu czesadłu, które jest "całodziane", czyli ząbki nie są doklejane ani nic w ten deseń do podstawy, tak jak to bywa u większości szczotek. I co najważniejsze łatwo utrzymać ją w czystości.


A wracając do wyrywania a raczej nie wyrywania włosów Warto to podkreślić, bo większość "zwykłych" szczotek owszem rozczesuje włosy, ale ileż przy tym cierpienia i rozpaczy przy wyciąganiu z nich połamanych włosków. TT wyczesuje wyłącznie te włosy, które zakończyły już swój żywot z przyczyn naturalnych lub nie bądź nie są na tyle silne aby na głowie pozostać. Zdarzyło mi się czytać zarzuty, że po dłuższym użytkowaniu wypustki się wyginają. Prawda, jest jak mówią, ale czy ujmuje to użyteczności i skuteczności? Absolutnie nie.


Co więcej ząbki służyć mogą nie tylko czesaniu ale także masowaniu skóry głowy. A wiecie - to budzi krążenie i wyrastają baby hair! :D

Posiadam Tangle Teezer od ponad pół roku i nasz związek przetrwa wszystko, do końca świata i jeden dzień dłużej ze świetnie rozczesanymi włosami. Przymierzam się też do kupienia wersji kompaktowej. Może któras z was już taką ma i powie mi czy jest równie cudowna co wersja 'domowa'? :)

A ja przyznam, że na początku byłam sceptycznie do niej nastawiona ale szybko mi przeszło i stwierdzam, że nie zamieniłabym szczotki TT na żadną inną, no chyba że to byłby nowszy egzemplarz :P Zdecydowanie sunie jak po maśle (i nie trzeba masła!), nie ciągnie ani nie elektryzuje włosów. Cudo! Rozczulając się nad pozytywami tegoż zgrzebła, zapomniałyśmy napisać o jej designerskim wyglądzie. I tutaj sprawdza się powiedzonko "do wyboru, do koloru" bo szczerze tak jest! Szczotki TT mają nie tylko oryginalny kształt (kilka rodzajów) oraz szeroką paletę kolorów - i tutaj też można wybierać spomiędzy dwukolorowych i jednokolorowych szczotek :) 

Jednogłośnie odpowiadamy: Tangle Teezer to szczotka warta swojej ceny i przede wszystkim warta zakupu. Jak najbardziej hit! Nie ma co ukrywać, dostaje ogromną 6! :) A jej wyjątkowość tkwi właśnie w tym, że jest po prostu skuteczniejsza niż inne szczotki.

My wybrałyśmy niebiesko-różową (Paulina) i pomarańczowo-żółtą (Ania). A wy macie swoje TT? Piszcie jak zawsze w komentarzach! A jeśli macie podobne posty do naszego, podsyłajcie linki ;) Pozdrawiamy serdecznie, 

25 sierpnia 2014

Marion olejki orientalne





Jako, że rozpoczęłysmy na blogu akcje PRZYGOTUJ SWOJE WŁOSY NA JESIEŃ ( szczegóły w notce poniżej lub na Facebook'owym fanpage'u) oraz kontynuuję serię notek o włosach nie sposób nie wspomnieć o tym produkcie - olejek do włosów od firmy Marion z serii Olejki orientalne. Ja osobiscie posiadam aktulnie ten z olejkiem jojoba i słonecznikiem. Na opakowaniu widnieje, że niby regeneracja włosów. Ja jednakowoż zawsze traktuje te bądż co bądź przydomki z przymróżeniem oka. Nie omieszkam jednak wypróbować wszystkich czterech.
Najpierw bardzo krótka historia jak wpadł w moje ręce. Bedąc na zakupach spożywczych w markecie przechodziłam 'przypadkiem' przez dział kosmetyczny. Zobaczyłam, wzięłam, zapłaciłam i używam. Ot, taka banalna historia. Tak naprawde od dawna szukałam czegoś do zabezpieczania końcówek włosów po myciu co nie jest jedwabiem. Gdy więc zobaczyłam taki olejek stwierdziłam, że warto wypróbować.
Nie żałuje, zupełnie. Tym bardziej, że udało mi się dodatkowo dostać go w promocyjnej cenie.
Co do samego olejku to kolejny obok maseczek Biovax produkt bez którego pielęgnacja moich włosów się nie obejdzie. Nakładam go niemalże zaraz po myciu, na mokre włosy. Co jakiś czas, powiedzmy 5-10 myć, dla jakkolwiek to zabrzmi - miękkości, aplikuje olejek razem z jedwabiem. Sam jednak olejek działa doskonale. Łączy wszystkie atrybuty produktu do włosów jakich potrzebuję i cenię - wygładzenie, odżywianie, ochrona, cena i wydajność. To tak w skrócie. A mówiąc więcej:
Rozczesywani włosów po użyciu tego olejku.to czysta przyjemność. Każda szczotka, nie tylko TT sunie jak po maśle. Aczkolwiek uczucia masła na włosach nie uświadczysz.
Pomimo małej przerwy z braku czasu od olejowania olejek daje przez jakiś czas ciągnąć efekty jakie olejowanie poczyniło. Zaczyna się to kończyć po paru tygodniach, dlatego chyba czas wrócić do olejowania w moim pzypadku.
Fenomenalnie chroni końcówki włosów. Nadmienię, że aplikuję go wyłącznie na końcówki, co zostanie na ręce wcieram  resztę włosów.
Ma też fajną, leista konsystencję przez co łatwo rozprowadza się na włosach.
Kosztował mnie jedyne 4.99, co jest super ceną za taka wydajność. Na moje kudły wysatrcza dwa nacisnięcie pompki. Kupiłam go 2 miesiące temu a jak widać na zdjęciach ubyła dopiero połowa opakowania. Szczerze, chciałabym żeby już się skończył żebym mogła wypróbować koleje olejki z tej serii.  :)




Powiedzcie, czy używacie również tego a może któregoś z pozostałych olejków?

Przypominam również o naszej akcji Przygotuj włosy na jesień. Zachęcamy do udziału. Używajcie, recenzujcie, wygrywajcie. ;)




24 sierpnia 2014

AKCJA WLOSY: Przygotuj swoje wlosy do jesieni!

Hej! Chciałybyśmy wam zaproponować pewną akcję, mającą na celu przygotowanie włosów do jesieni a później zimy. Na zachętę dodamy, że każdy uczestnik, biorący udział w akcji i mieszkający na terenie Polski, weźmie udział w rozdaniu-niespodziance. Datę zakończenia włosowego wydarzenia wyznaczyłyśmy na 23 września, a więc na pierwszy dzień jesieni w tym roku. Akcję rozpoczynamy od teraz :)

Na czym miałaby ona polegać?
To proste. Wystarczy, że przez czas jej trwania pielęgnując włosy zapiszecie sobie na kartce, czy notesiku czego używałyście, jak zachowywały się wasze włosy, robiąc przy okazji zdjęcia a 23 września udostępnicie swoje notatki na blogach, napiszecie co się zmieniło i podeślecie nam linka. My w tym czasie zrobimy ranking najczęściej używanych produktów i w ciągu kilku dni go opublikujemy i wyłonimy zwycięzcę rozdania-niespodzianki, związanego z naszą akcją :)  Zgłaszamy się w komentarzach :)

A jeśli dodacie nasz blog do obserwowanych i tym samym zostaniecie z nami na dłużej zrobi nam się jeszcze milej :)

Mamy nadzieję, ze zasady są proste. W razie wątpliwości, swoje pytania kierujcie na naszego fabrykowego maila, odpowiemy na każdą wiadomość :)

fabrykaaurodyy@gmail.com

Formularz zgłoszeniowy:
Imię:
Adres mailowy:
Adres bloga:
Obserwuję: Tak/Nie (jeśli tak, to napisz proszę jako kto)

Pozdrawiamy i zachęcamy was do udziału!

22 sierpnia 2014

Haul lipcowo-sierpniowy

Kilka notek temu pokazywałam wam swoje zakupowe łupy. Jednak to nie koniec! Moja ostatnia wizyta w Lublinie "zaowocowała" uzupełnieniem braków w kosmetyczce, jak i zrobieniem małych zapasów. Oprócz tego zbyt często odwiedzam sklepik pani Iwony, gdzie dorwałam kilka wartych uwagi rzeczy. :)

Zacznę od produktów firmy, którą ciągle poznaję i która przyciąga mnie naturalnym składem, brakiem parabenów, silikonów i sztucznych barwników we wszystkich artykułach, które ma w ofercie. Mowa tu o produktach Green Pharmacy. Firma ta przewinęła się kilka razy na blogu w postach włosowych moich i Ani. Tym razem zaopatrzyłam się w: delikatny żel do mycia twarzy z aloesem [6.] (sklepik kosmetyczny 6,50 zł/270 ml) - już zaplusował u mnie pompką , wzmacniający eliksir ziołowy przeciw wypadaniu włosów [5.] (Rossmann 7,99 zł/250 ml), pokrzywowy balsam do zniszczonych, łamliwych i osłabionych włosów [2.] (Rossmann 6,99 zł/300 ml), rumiankowy szampon do osłabionych i łamliwych włosów [1.](Rossmann 7,49 zł/350 ml), szampon do włosów suchych z olejem arganowym i granatem [3.](sklepik kosmetyczny 7,50 zł/350 ml), oraz olejki łopianowe: z czerwoną papryką [4.](sklepik kosmetyczny 6,00 zł/100 ml) i skrzypem polnym [7.](sklepik kosmetyczny 6,00 zł/100 ml).


A jak już jesteśmy przy olejach to wspomnę, że kupiłam olejek do twarzy i ciała z olejem makadamia z serii Oleje Świata Joanny (sklepik kosmetyczny 8,00 zł/100 ml). Ciekawe czy spisze się tak jak olejek 3w1 Bielendy :)

Oprócz tego w moim koszyku znalazły się dwa żele Isana z kolekcji limitowanej - bryza morska (niebieski) i alpejska rozkosz (różowy), które już pojawiały się na waszych blogach. Za każdy zapłaciłam 2,99 zł/300 ml.


W Biedronce dorwałam eliksir ochronny do włosów Elseve L'oreal (14,99 zł/150 ml), który pachnie jak typowy olejek do opalania. Jest już w użyciu i przyznam, że skutecznie ujarzmia włosy :)


Nie zapomniałam też o paznokciach, które właśnie przechodzą swoje gorsze dni  i kupiłam kilka odżywek firmy Delia: z ceramidami do paznokci z bruzdami (złota), z keratyną do paznokci łamliwych (niebieska) i utwardzacz diamentowy do miękkich paznokci (zielona) wszystkie kupiłam w sklepiku kosmetycznym za  5,00 zł/11 ml każda.


I teraz gwiazda mojego haulu - długo wyczekiwana prze ze mnie i wychwalana przez wszystkie blogerki paletka Makeup Revolution Ionic 3! Gdy tylko była dostępna na Mintishop od razu ją zamówiłam. I przyznam, że bije o głowę droższego Sleeka. Jest re-we-la-cy-jna! Zapłaciłam za nią 20,00 zł + koszt przesyłki. Zapomniałam zrobić zdjęcie, więc dodaję fotkę z neta :P



A wy macie coś z tego zbioru? Co chcecie abym opisała pierwsze?  Piszcie jak zawsze w komentarzach.

Pozdrawiam,
Ps. A wiecie, że to mój setny post na tym blogu? ;)

21 sierpnia 2014

Plyn micelarny 3w1 GARNIER do skóry wrazliwej

Ostatnimi czasy o tym produkcie było dosyć głośno. Kupiła go moja siostra a ja korzystając z okazji (wielokrotnie ;)) postanowiłam sprawdzić czy rzeczywiście jest taki rewelacyjny. Jakie są moje odczucia?


Pierwsze co mi się w nim spodobało to... jego pękata 400 ml butla. Ma naprawdę fajny kształt! A poza tym jest przezroczysta i mieści w sobie równie przezroczysty płyn, bohater dzisiejszego posta. W ten sposób łatwo kontrolować jego ubywanie. Szata graficzna - typowa dla Garniera. Zawarte są na niej wszystkie istotne informacje dotyczące produktu. Według producenta ma go wystarczyć na 200 zastosowań, czyli w moim przypadku na całe wieki. Co więcej te 200 użyć ma się zmieścić w 6 miesiącach po otwarciu. 

Sam płyn jest 3w1. Już gdzieś kiedyś pisałam, że nie lubię połączeń typu 2w1, 3w1, 10w1 bo jak coś jest do wszystkiego to jest do niczego. Tutaj jednak to 3w1 jest bardziej chwytem marketingowym ze wskazaniem na podstawowe zadania płynu micelarnego do demakijażu dla skóry wrażliwej. Bo przecież wiadomo, że płyn tego typu dla takiej skóry, która jest raczej wymagająca, musi:

1. Usuwać makijaż.
2. Oczyszczać.
3. Koić.

Czy to robi?

Tak. Bezproblemowo usuwa mocno napigmentowane cienie, także te z drobinkami oraz eyeliner (mój rozcieńcza się z wodą, więc nie wiem jak działa na inne). Te rewelacje osiągnęłam bez mocnego tarcia, ale zawsze jednak tarcia. Jednak troszkę trzeba go zużyć, albo i mocniej trzeć, by zmyć tusz. Chyba że mój jest takim uparciuszkiem, że nie chce złazić z rzęs. Mimo to radziłabym wam dłużej pocierać oko aniżeli wylewać na wacik więcej płynu bo inaczej - tak jak ja - nalejecie go sobie do oka i wywołacie szczypanie. Jednak zaprzeczę jakoby miał podrażniać oczy. Po prostu wylałam go zbyt dużo na wacik. Dlatego radzę uważne dozowanie, bo dziura, choć niewielka, potrafi wydawać z siebie istne potoki. Płyn doskonale radzi sobie także z podkładem i pudrem. Dodatkowym plusem jest także to, że można nim zmywać usta. Próbowałam, a jakże, bo zdarzyło mi się źle dobrać pomadkę i kicha była wyjść tak na miasto. Nie mniej jednak i tu przestrzegam z jego dozowaniem, bo jak na twarz można wylewać strumienie, tak (jak wspomniałam wyżej) oczy i usta tego nie lubią. Inaczej po prostu wam naleci do buzi. A nie polecam bo jest gorzki :P


Potwierdziwszy skuteczność usuwania makijażu, nie wypada nie napisać o jego innych cechach. Producent zapewnia o odświeżeniu. Istotnie, jest ono odczuwalne. Jak napisałam, płyn świetnie zmywa podkład i puder. Podobnie pozbywa się kurzu itp. zanieczyszczeń z facjaty czyniąc skórę lekko zmatowioną i odprężoną. Nie polecam używać go jako mgiełki (gdyby producent dopuszczał tę możliwość to by dołączył pompkę) ale ani skórze ani twarzy nie zaszkodzi "kontrolne" przetarcie w ciągu dnia. Z warunkiem, że a) nie macie makijażu, b) musicie go poprawić i stwierdzacie, że pomalujecie się na nowo.

Płyn również świetnie koi, powstałe wskutek nadmiernego opalania, rumieńce. Nie szczypie, nie roznieca bardziej ognia na twarzy lecz pozwala go ugasić, delikatnie łagodząc i tonizując skórę, przygotowująca ją do dalszej pielęgnacji. Tak jak wszystkie produkty tego typu nie wymaga spłukiwania. Ale ja tam zawsze myję twarz, także po jego użyciu, chyba że stosuję go jak tonik.



Co jeszcze można o nim powiedzieć?
Podczas potrząsania butlą lekko się pieni, nie pachnie (duży plus). Ma wygodne otwarcie, z którym nie trzeba się mocować, ale już nie da się go postawić do góry nogami. I jeśli wierzycie producentowi, że zmyje wam makijaż bez pocierania, tak jak w reklamach to jesteście w błędzie ;)
Jednak uważam go za ciekawy i warty uwagi produkt, który w dodatku jest często w korzystnej promocji :) Macie? Używacie? Dajcie znać, jak zawsze, w komentarzach.

Pozdrawiam, 

14 sierpnia 2014

Keratynowa maska do wlosów z proteinami mlecznymi KALLOS

Ania dała odpocząć od tematu włosowego ale ja nie zamierzam tego zrobić, póki nie napiszę wam o rewelacyjnej masce do włosów KALLOS. Wiele z was z pewnością ją zna, bo to hit wśród blogerek (nie tylko kosmetycznych). Teraz może być o niej głośniej, bo po modzie na olejek arganowy w możliwie każdym produkcie, nastaje czas na keratynę, przynajmniej w wyrobach do włosów.


Według słownika PWN, keratyna to "włókienkowe białko strukturalne należące do skleroprotein, występujące w skórze, piórach, włosach, kopytach i rogach zwierząt; wytwarzana w komórkach nabłonkowych keratynocytach, podlegających procesowi rogowacenia; nadaje skórze dużą wytrzymałość mechaniczną połącząną z elastycznością." - czyli z grubsza wiemy mniej więcej, że keratyna jest naturalnym białkiem występującym powszechnie w przyrodzie o wyjątkowych właściwościach.

Czy w związku z tym maska z keratyną i proteinami mlecznymi zrobiła rewolucję na mojej głowie? Zanim o tym napiszę to przede wszystkim muszę wspomnieć, że ta maska chodziła za mną od dłuższego czasu i to była raczej kwestia czasu, że ją kupię. Ale nie myślcie, że kupowałam ją tak całkiem w ciemno, bazując tylko na opiniach z waszych blogów, kuszona niską ceną, gdzie za litr tej nadobnej mikstury wydałam bagatela niecałe 8 złotych. Nie, nie, nie! Powiem wam więcej! Macałam kilkukrotnie włosy koleżance, która jest tą maską urzeczona (dzięki Angelika!) i to skutecznie przekonało mnie do tego aby nabyć to cudo kosmetyki. A nuż i moje czerepowe siano stanie się mniej sianowate? Wlazłam więc na Allegro, kliknęłam i dwa dni później ta nadzwyczajna substancja znalazła się w moich rękach. Przyznam się, że byłam bezczelna i się podzieliłam z siostrami, żeby w razie co podzielić z nimi niedolę (choć i tak dzielę z nimi problem wypadania włosów ale o tym niżej) - taka jestem wredna :D. Jednak nie przewidziałam, że nasz romans z tą maską nie będzie aż taki chwilowy jak mi się na początku zdawało, bo się wzięłam i się w niej zakochałam. Dlaczego uważam ją za cud i przy okazji moje siostry podzielają moją opinię?


Zielonkawy plastikowy słój z białą półprzezroczystą nakrętką, kryje w swoich czeluściach bodaj nie szczere złoto, ale 1000 ml (litrę, że się tak wyrażę) białej zbitej o kremowo-żelowej konsystencji maskę. W tym miejscu wspomnę, że ów słój jest nią wypełniony dosłownie PO BRZEGI. I oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie miała zastrzeżeń do opakowania. A mam bo jest bardzo pojemne, ale średnio wygodne gdy próbuje się je otworzyć mokrymi rękami. Chociaż według producenta wcześniej należy włosy wytrzeć ręcznikiem a więc przy okazji też i ręce, ale kto by się w to bawił... chyba że pani w salonie fryzjerskim, gdzie ponoć maski Kallos są powszechnie stosowane, anyway - jak ktoś chce to może sobie zainwestować w pompkę, co zamierzam z resztą zrobić, bo mam wrażenie, że ten słój jednak nie do końca dokręcam i wiecie, może lać się woda. Dobra, tę kwestię już omówiłam, czas przejść dalej.

Czytając wasze opinie na temat tegoż produktu, dłuugo (jeszcze przed kupnem) zastanawiałam się nad fenomenem odżywek i masek Kallos. Czy za sukcesem stoi śmieszni niska cena za niewiarygodnie ogromną ilość, jak się okazuje doskonałego wyrobu? I tak i nie. Bo istota tkwi w jego działaniu. Atrakcyjna cena za równie atrakcyjny produkt to dobry gest ze strony sprzedawcy bo tak czy inaczej te maski by im schodziły jak świeże bułeczki w najlepszej piekarni w mieście:P Działanie maski sprawdzałam nie tylko ja, ale także moje dwie starsze siostry - Dorota i Karolina. 

Efekt?
Nie trzeba było długo na niego czekać bo pojawił się już po pierwszym zastosowaniu. U wszystkich trzech. U Dorota, której włosy są jeszcze osłabione po ciąży i wypadają garściami, maska pobudziła wzrost nowych i te, które pozostały wygładziła na całej długości. Generalnie razem z siostrami należymy do osób, które mają duużo na głowie i tutaj mowa jest wyłącznie o włosach ;) z reguły mamy gęste włosy, szczególnie Karolina, która ma najbardziej bujną czuprynę z nas trzech bo intensywnie kręconą. Ona też boryka się z problemem wypadania po ciąży. Maska podkreśliła jej skręt, ułatwiła rozczesanie zarówno mokrych jak i suchych włosów i tak jak u Doroty odżywiła je na całej długości oraz przyhamowała wypadanie. Jeśli zaś chodzi o mnie to gubienie włosów zawdzięczam nadmiernemu stresowi i ogólnemu osłabieniu organizmu. Jednak i na mojej głowie da się spostrzec zmniejszone wypadanie. Co więcej włosy stały się bardziej hmm... nie będzie to dziwne jeśli użyję sformułowania "żywe" - tak są żywe bo potrafią wysupłać się z koczka, co wcześniej rzadko się zdarzało. U wszystkich trzech zaobserwowałyśmy większą sprężystość, odporność na czesanie - mniej trupów na szczotce, zmniejszoną szorstkość, a więc włosy stały się bardziej miękkie. Odżywka nie spowodowała u nas łupieżu, świądu, pieczenia ani innego podrażnienia skóry głowy. Ma łagodne ale i stanowcze działanie.

Dozowanie:
Nie mając pompki trudno mniej więcej powiedzieć ile jej nakładam na mokre lub wilgotne włosy. To powinno pozostać kwestią indywidualną, bo każdy ma inną długość i gęstość czupryny. Staram się rozprowadzać maskę nie tylko na całą długość ale także wcierać ją w skalp. Ilość jednorazowo zużywanej maski odnosi się do dwóm orzechom włoskim. Zawsze staram się ją dokładnie spłukać ale podczas zmywania daje się odczuć nie tyle co film na włosach co swego rodzaju powłokę. 

Skład: 
Aqua, Cetearyl Alcohol, Cetrimonium Chloride, Citric Acid, Propylene Glycol, Hydrolized Milk Protein, Hydrolized Keratin, Cyclopentasilioxane, Dimenthiconol, Parfum, Benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone


Podsumowując, maska nie zrobiła zasadniczego "pilota" ani rewolucji na mojej głowie. Według mnie zrobiła to co miała zrobić, w sposób łagodny i nie ekspresowy ale raczej dość szybki. Jednak jestem zadowolona z efektu, którym obdarza włosy. Są miękkie, lśniące, nie plączą się, łatwo je rozczesać, końcówki są w lepszej kondycji a same włosy bardziej ujarzmione. Czy kupię ją ponownie? Oczywiście, że tak! W planach mam kupno keratynowego szamponu tej firmy. Macie? Używacie? Piszcie jak zawsze w komentarzach! :)

13 sierpnia 2014

Mus do ciała TUTTI FRUTTI







Mała przerwa od serii włosowej. Dziś powiem słów parę o musie do ciała TUTTI FRUTTI od firmy Farmona.

Zacznę oczywiście od jego nieziemskiego zapachu - melon i arbuz. Tutaj tez muszę się przyznać, że wielkim smakoszem arbuza nie jestem, ale jak tylko coś ma zapach czy smak (np. lizaki) arbuza muszę to mieć, po prostu muszę. Z tym musem nie było inaczej. Wracając do zapachu, jest przemiły dla nosa i to nie tylko mojego. Czasami bywa tak, że balsam ładnie pachnie, ale tylko przez krótką chwile i jak przysunie się skórę blisko nosa. Tutaj zaś naprawde intensywny zapach utrzymuje się dość długo i ogarnia zapachem cały korytarz jak przechodze. A jak ktoś wchodzi do pokoju, w którym poczyniono balsamowanie to aż słychać świst powietrza wciąganego do nosa. Po użyciu musu zwyczajnie nie moge przejść w domu niezauważona.
Jeżeli chodzi o drugi niezbędny atrybut balsamu/musu/masła/jakiegokolwiek smarowidła do ciała czyli nawilżenie to powiem, że jest nieźle, naprawde nieźle. Znam balsamy, które dużo lepiej nawilżają skórę i są jakby...lżejsze. O tak, po nałożeniu tego musu mam wrażenie 'cieżkości'. Ale to chyba wiąże się z jego dość gęsta konsystencją.

Apropo konsystencji, słów parę - gęsty, nie przypomina masła a raczej galaretkę. Doskonale dzięki temu się nakłada i rozprowadza. Troszkę gorzej sie wchłania, znaczy wolniej. Bardziej 'leiste' balsamy są 'lżejsze' i szybciej się wchłaniają ale ja nie lubie jak uciekąją mi z nogi czy innej części ciała.

 Poza tym ŚWIETNIE ujędrnia. Nie wiem co producenci tam dodali, ale musi być to cos wyjątkowo ujędrniające. Może to "afrykańskei masło Karite", kto wie.
Podsumowując - bom sie rozgadała -  zapach bajeczny!, nawilżenie daję radę i kapitalnei ujędrnia.
 Jeżeli lubicie więc owocowe zapachy to koniecznie kupcie. Sama zamierzam jeszcze sięgnąć po inne zapachy z tej serii, bo kusi mnie kilka innych zapachów.
Swoje kosztuje, bo ok 13 pln/275ml, ale jest bardzo wydajny i starcza naprawdę na długo.

Tyle w tym temacie.
 Niech nawilżenie będzie z wami.






Zasłużone 5,5 dla tego pana.


11 sierpnia 2014

Gruszkowy zel do ciala JOANNA Naturia

Żel, o którym dziś będzie mowa jest typowym produktem do pielęgnacji ciała. Firma Joanna ma w swojej ofercie szeroki wybór zapachów żeli myjących. Gruszkowy jest moim ulubionym i jeśli decyduję się na tę firmę, zazwyczaj wybieram ten zapach. Dlaczego? Jest orzeźwiający, nie mdli ani nie dusi. Jest soczyście owocowy ale wyczuwa się w nim lekką kwasową nutkę bez przesadnej słodkości. I za to go właśnie lubię. Dlatego uważam, że świetnie sprawdza się w upalne dni. Dodatkowym plusem jest jego wygodne przezroczyste opakowanie o pojemności 300 ml, praktyczne zamknięcie, pozwalające postawienie żelu "do góry nogami" w celu wydobycia resztek. Produkt ma dosyć lejącą konsystencję, ale nie aż taką by szybko spłynąć z ręki czy gąbki. 


Doskonale się pieni i oczyszcza ciało. Jego zapach unosi się długo nie tylko w łazience ale także na ciele, co daje dodatkowe odświeżenie. Dużą zaletą jest jego uniwersalność. Korzystać mogą z niego zarówno kobiety jak i mężczyźni, a więc wybierając się na wakacje można go spakować do kosmetyczki, oszczędzając miejsce w walizce. Jak wspomniałam wyżej żel dostępny jest w wielu wariantach zapachowych: grejpfrut i pomarańcza, mango i papaja, wiśnia i czarna porzeczka, melon i awokado, aloes i limonka, żurawina, oliwka, bez, banan oraz oczywiście gruszka. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie, zwłaszcza, że cena za 300 ml nie przekracza 6 zł!

Nie będę się rozpisywać co żel zrobił wspaniałego z moim ciałem. Dla mnie ważne jest to, że je dokładnie umył, odświeżył, nie podrażnił po nadmiernej kąpieli słonecznej (a przyznam wam, że w sobotę spaliłam się na dojrzałego pomidora) ani nie wysuszył, ładnie pachnie i jest niedrogi - czyli to,
czego wymagam od każdego produktu tego typu. Nawilżenie pozostawiam balsamom ;)

Moja ocena: 4

07 sierpnia 2014

Maslo do ciala Wild Argan Oil THE BODY SHOP

Jakiś czas temu zgłosiłam się do testowania masła do ciała z najnowszej linii firmy The Body Shop - Wild Argan Oil. W ubiegłym roku brałam udział w podobnym teście masła TBS, z tym że z innej serii (Honeymania - klik), dlatego bardzo ucieszyłam się gdy po raz drugi udało mi się zostać testerką :) Bardzo dziękuję za zaufanie!


Co mogę powiedzieć o maśle do ciała The Body Shop?
Zamknięte zostało w złotym, okrągłym, matowym i plastikowym płaskim słoiczku o pojemności 50 ml. Oczywiście jest to produkt miniaturowy. Pełny produkt zawiera  200 ml produktu :) Wieczko opatrzono charakterystyczną dla firmy nalepką, gdzie nasienie arganii żelaznej ukazano na niebieskim tle. Dużym minusem, który zauważyłam już podczas testowania miodowego masełka, jest brak folii, nalepki lub jakiegokolwiek innego zabezpieczenia, które miałoby gwarantować nam, że produkt nie jest zwietrzały czy macany przez ciekawskich klientów.

Kolejną rzeczą na którą zwróciłam szczególną uwagę jest zapach. Diametralnie różni się on od zapachu kosmetyków zawierających olej arganowy. Według mojego nosa jest mdławy, jednak po nałożeniu na skórę zmienia się w przyjemną, lekką i jakby delikatną mgiełkę. Konsystencja masełka jest gęsta, zbita i to też jest raczej typowe dla tego typu produktów. Jednak nie musicie się obawiać. Pod wpływem ciepła palców łatwo wydobyć je z opakowania. Bezproblemowo się rozsmarowuje i szybko wchłania w skórę. Co więcej nie zostawia tłustego filmu. Jest również w miarę wydajne. Kolor typowy dla takich produktów, beżowy.



Co masełko zrobiło na mojej skórze?
W ciągu kilku intensywnych dni testowania zauważyłam, że utrzymało nawilżenie. Nie podrażniło skóry. Zbyt mało czasu na stwierdzenie większych zmian, ale na pewno wygładziło skórę i lekko ją odżywiło.

Oprócz masła w linii Wild Argan Oil znajduje się: scrub, żel pod prysznic, płyn do kąpieli, mydło do masażu, balsam do ciała, skoncentrowany olej na suche miejsca, rozświetlający olej do ciała i włosów, skoncentrowany balsam do ust. 

Czy się skuszę na pełne opakowanie? Nie wiem, ale raczej nie, dlatego, że zapach średnio mi podszedł. Poza tym jak na takie efekty, jest zdecydowanie za drogie na kieszeń studenta :P Mimo wszystko oceniam je pozytywnie :)

Miałyście styczność z produktami The Body Shop? Piszcie jak zawsze w komentarzach :)

Pozdrawiam, 

28 lipca 2014

Maseczki do wlosów Biovax

Kolejny post z daaaawno zaczętej serii - włosy na wiosnę (można poszukać w tagach pod tą nazwą :)) i lato jak sie okazuje. Jak przewiniecie niżej albo klikniecie to natraficie jeszcze na recenzję olejku migdałowego i szamponu przeciwłupieżowego.


Dziś chcę opowiedzieć wam o dwóch maskach do włosów firmy L'biotica z serii Biovax - jedna z naturalnymi olejami a druga przeznaczona specjalnie do włosów ciemnych. Swoją pierwszą z tej maseczkę z tej serii kupiłam w Biedronce już kiedyś kiedyś, jak się pierwszym razem pokazały. Potem bardzo żałowałam, że kupiłam tylko dwie saszetki, daltego jak tylko pojawiły się drugi raz, zaopatrzyłam się w większą ilość. Nie wiedziałam jednak jeszcze wtedy, że można je zazwyczaj dostać w zwykłej aptece. Dlatego jak dokończę te dwie ostatnie sztuki, pobiegnę (dosłownie!) po całe opakowanie do apteki.

Wiadomo, każda z nich ma swoje lepsze i gorsze strony. Najkrócej rzecz ujmując: Naturalne olejki - prześwietne działanie i zapach; Do włosów ciemnych - NIEZIEMSKI zapach ( w sensie nieziemsko przyjemny) i świeci :3

Przybliżę nieco każdą z nich.









NATURALNE OLEJE (brązowa)
Posiada w swoim składzie 3 naturalne oleje - mocno popularny w ostatnim czasie arganowy, makadamia i kokosowy. Dla mnie niezwykle cenny jest ten ostatni. Nie wiem czy każdy zdaje sobie sprawę, ale tak powszechnie używany do wykonywania domowych kosmetyków olej kokosowy ma m.in. działanie przeciw-wirosowe, -bakteryjne i co najważniejsze -grzybicze, czy na nieszczęsny łupież oraz inne problemy skóry głowy. 




DO WŁOSÓW CIEMNYCH (biała)
Ta z kolei zawiera ekstrakt z alg brunatnych, filt UV (bardzo ważny przy ciemnych włosach, i nie tylko), olejek ze słodkich migdałów, o którym pisałam przy okazji ostatniej recenzji oraz ekstrakt z henny. Każdy ze składników przyczynia się do poprawy jakości owłosienia na głowie - algi z ogromna ilością wszystkiego co dobre silnie odżywiają włosy, olejek wiadomo, a filtr i henna chronią ciemne włosy przed utratą koloru. Jak wspomniałam wcześniej ta maseczka zachwyca zapachem. Mnie naprwde bardzo odpowiada. No i ma taki mały dodatek jak drobinki czegoś świecącego, co mnie przy każdym nakładaniu zachwyca urodą. 

Różni je jedynie nieznacznie konsystencja. Maseczka przeznaczona do ciemnych włosów jest bardziej jakby leista, zbliżona balsamom. Naturalnym olejom natomiast bliżej do masła niż balsamu.

Zasadniczą i chyba najważniejsza jednak cechą obu tych masek jest zupełny brak parabenów, SLS, SLES i innych niepotrzebnych w produktach do włosów śmietków. Ta z olejami co prawda troche lepiej radzi sobie z poprawą wyglądu włosów. Ta do włosów ciemnych nadrabia z kolei wyglądem i zapachem a działaniem depcze po piętach pierwszej. Szczerze? Nie potrafiłabym wybrać, która lubie bardziej. Kto wie, może jak wypróbuję inne z tej serii odnajdę tę jedną jedyną i będziemy żyły długo i szczęśliwie z pięknymi włosami.
Podsumowując jednym zdaniem - nie wyobrażam sobie już pielęgnacji włosów bez produktów serii Biovax. 
Technika pracy z nimi jest prosta - nakładach na cała długość włosa, po same końce, zostawiasz na jakies 15 minut (ja zwykle dłużej, nawet do pół godziny), spłukujesz i cieszysz się efektem.
Apropo, gdzież moje maniery, może powiedziałabym coś o efekcie po użyciu (się zebrała, na końcu, nie?). Określenie tego jet dość łatwe i nieskompikowane - efekt powala już po pierwszej aplikacji. Dosłownie. Już przy spłukiwaniu czuć, jak włosy miękną pod palcami, a po wysuszeniu nie możesz przestać dotykać (ja tak mam). Słowem włosy stają się lśniące, miękkie, zywczajnie piękne. 

Dodam jeszcze, że jedna saszetka (20ml) wystarcza mi w zupełności na dwa mycia.





































P.S.: Szykujemy z Pauliną małe rozdanie w najbliższym czasie.
 Śledźcie więc bloga uważnie ;)